Cześć, Kochani.
Przepraszam, Wa, bardzo że tyle nie pisałam, mam nadzieję, że te parę czytelników których miałam mnie nie opuściło, bo bardzo mi na Was, zależy na tym byście czytali i na każdej Waszej opinii.
Czuła spokój gdy malutka rączka, ,, Różowej Księżniczki'' chwyciła jej dłoń.
Biegły razem, była zdziwiona szybkością z jaką mknęła nawet nie wiedząc gdzie, ale była szczęśliwa że mogła z nią być.
Bardzo ją kochała, od samego początku, jednak nie mogła pozwolić jej zostać, zrobiła to dla niego, by wiedział że jest ważny, że tylko jego kocha, że zrobi dla niego wszystko, że on jest Wszystkim czego pragnęła.
Dłonie, trzęsły się jej tak że nie potrafiła w nich niczego utrzymać, jej ciało oblewały zimne poty, czuła się strasznie, oddech się jej urywał, był płytki i niestabilny przez co chwilami było jej słabo.
Musiała parę razy się zatrzymywać, by nie stracić równowagi, i nie paść jak kłoda.
Wyjęła telefon z torebki by zobaczyć która godzina co było wyzwaniem bo przed oczami wszystko jej się mazało i nie była pewna czy to przez łzy czy przez fakt iż było jej naprawdę słabo.
'' Będzie dobrze, Vanessa uspokój, się''.
Powiedziała sobie w myślach delikatnie, przymykając oczy, jednak nie wiele to dawało.
Na szczęście kawiarni była już blisko, ucieszyła się faktem że będzie mogła sobie usiąść i odpocząć.
Jednak bała się, tego spotkania, bała się co on powie, czy będzie chciał z nią w ogóle rozmawiać, co jeśli ją zostawi ta myśl ją paraliżowała nie mogła uwierzyć że aż tak się zaangażowała.
Westchnęła, będąc na miejscu, na zewnątrz w przyjemnym słonecznym, ogródku nikogo nie było, wszystkie stoliki były psute, weszła do środka.
W środku, było parę osób, ale nigdzie nie było Rossa.
Zajęła, więc pierwsze lepsze, miejsce przecierając oczy, jej twarz była rozmazana, z powodu makijażu, wyglądała żałośnie.
- Sądzisz, że załatwi to tak jak należy?
Rozbrzmiał się głos, Rockiego siadającego przy stole naprzeciwko Rydel, obok siedział Ellington.
- Lepsze, pytanie czy w ogóle, się tam pojawi.
Mruknął, chłopak w stronę Rokiego, Rydel natomiast westchnęła.
- Jeśli nie to okaże się, prawdziwym dupkiem.
Powiedziała, Rydel, marszcząc brwi, nie sądziła że kiedykolwiek powie tak o swoim bracie, poczuła się winna.
- O czym, gadacie?
Zapytał wchodzący, do kuchni Riker.
- Zgadnij.
Rydel spojrzała, w jego kierunku.
- I po co, wałkujecie ten temat.
Blondyn, wywrócił oczami po czym sięgnął po szklankę, i nalał sobie do niej soku z dzbanka.
- Bo to nasz brat.
Powiedziała, zdecydowanie Rydel.
- To co z tego, jest dorosły.
Riker usiadł na krześle po lewej stronie Rockiego.
- Ale, jest nie odpowiedzialny.
Wtrącił Rocky.
- No to, wywalimy go z zespołu.
Riker powiedział to swobodnie, a reszta spojrzała na niego uważnie.
- Przestań.
Powiedziała, szorstko Rydel.
- Riker ma, trochę racji.
Wrącił Ellington, a Rocky nic nie powiedział.
Ucieszyła, się faktem że wcześniej skończyła pracę, mogła dzięki temu przejść przez Centrum Handlowe, i zrobić zakupy, bo Vanessa była chora, i nie mogła tego zrobić.
Godzina, o której miał się pojawić już dawno minęła a Vanessa zdążyła już wypić dwa, soki, zjeść dwa ciastka i wypłakać dwa pudełka chusteczek.
Spuściła, głowę, po chwili jednak poczuła znajomy zapach perfum, którym napawała się jednej nocy.
Jednak, nie chciała unosić głowy, bo bała się że to tylko jej się wydaje, nie ruszyła się.
Potem, poczuła jak krzesło naprzeciwko jej odsuwa się, nadal się nie ruszyła.
Nawet, spokojne ''Vanessa'' nie pomogło.
Dopiero, dotyk, ten sam dotyk, którego miała przyjemność doświadczyć tej jednej nocy przez jej ciało przeszedł dreszcz.
Uniosła, delikatnie i z, wahaniem głowę, to był On.
- Zasnęłaś, w porządku, bo wołam Cię już od kilku minut.
Powiedział, a ona nie mogła uwierzyć że on tu jest, przed nią.
- Nie, ja tylko..
Urwała, po czym, wstała i objęła go za szyję opadając na jego kolana, z jej policzków zaczęły spływać łzy, dłonią gładziła, jego, włosy.
- Jesteś, tu.
Wyszeptała.
On, natomiast siedział sztywno, nie wiedział co powinien zrobić, nie przyszedł do niej z dobrymi wieściami.
- Vanessa.
Powiedział, starając się zachować, ,, zimną krew''.
Chciał, jej powiedzieć, to delikatnie, spokojnie po prostu nie czuł się, odpowiednią osobą która mogłaby zajmować się dzieckiem, sam nim był, tak się czuł, czuł w sobie dzieciaka który sam sobą nie potrafi się zając, a co dopiero kimś.
Trzymała, go kurczowo, mocno jakby, nic do niej nie trafiało, zanim jednak zdążył zacząc drugie zdanie, przerwano mu.
- Ross, Vanessa?
Rozbrzmiał, się delikatny głosik, Ross aż bał się odwrócić.
'' Nie, to nie może być, Laura''.
Pomyśłał, i spojrzał z przerażeniem, w oczach, do Vanessy chyba nawet to nie docierało, bo nawet się nie ruszyła, jakby była posągiem.
Dopiero, gdy Ross, powiedział.
- Laura.
I odepchnął, ją delikatnie to się ocknęła, spojrzała przerażona, na siostrę i wstała gwałtownie.
Laura, zaczęła zadawać pytania, których Vanessą nawet nie słyszała, do jej uszu trafiały jedynie jakieś ciche szmery, po chwili, jednak upadła.
Ross, złapał ją w ostatniej chwili w swoje ramiona, a Laura rozdziabiła usta, była zdziwiona, tylko nie wiadomo czy, omdleniem siostry, czy faktem że Ross trzymał ją w ramionach.
Proszę, o komentarze, to motywuje do dalszego, pisania.